Strona główna Strona główna
Wyniki
Liga
Kalendarz
Zarząd
Klasyfikacja
Teksty
Linki
Napisz do nas
Mecenasi brydza
   

Kurnikowe boje -
czyli
coś się kończy coś się zaczyna

Dzień zapowiadał się jak co dzień. Komp odpalony, pośladki spięte, szczęki zaciśnięte - logujemy się. Zalogowałem się. A tu niespodzianka. Zamiast znajomej kolumienki różnokolorowych gwiazdek po lewej i wykazu stołów po prawej stronie pojawił się jakiś zupełnie nowy, obcy, nieprzyjemny dla oka interface. Hmm, czyżby mi się coś źle kliknęło? Teoretycznie było to niemożliwe, gdyż ja się nie mylę. Ale może komp się pomylił? Jeszcze mu daleko do mojej perfekcji. Postanowiłem więc zastosować starą sprawdzoną metodę informatyków. Zresetować i zalogować się jeszcze raz. Niestety to nie pomyłkaL Cronix podzielił los World Trade Center. Budzisz się jednego ranka - jest, budzisz się następnego - a tu tylko gruzy. Tym razem może jednak nie będzie chociaż tyle ofiar śmiertelnych. Choć ja osobiście, po zagłębieniu się w ten nowy portal, byłem bliski zawału serca. Pytacie kto jest za to odpowiedzialny? To nasi lokalni Talibowie. Tyle że nie z Klewek, a z Onetu.

Mimo iż na pierwszy rzut portal został zaprojektowany przez jakiegoś wyznawcę turpizmu, postanowiłem nie sądzić po pozorach i dać mu sportową szansę. Wszedłem na stół. Poprawka, wlazłem na stół. Onet nie daje szansy kulturalnego wejścia, by przycupnąć sobie na kibicu i grzecznie zapytać “można?”. Tu od razu rozsiadasz się na miejscu gracza i dopiero teraz możesz zapytać czy innym twoja osoba odpowiada. Twórcy portalu chcąc być oryginalni, czy też raczej łorginalni, dla uprzyjemnienia gry, każdemu z graczy przyporządkowali ikonkę “animka”. Był to dla mnie następny wstrząs. Bo jakże to tak. To harriett – rekin ludojad - postrach Wielkiej Rafy Koralowej, Moby Dick XXI wieku ma występować jako Mała Różowa Rybka!!??. O nie, nie, na to się nie zgadzam. Kochani twórcy portalu, jeśli mam tam w przyszłości (baaaaardzo odległej) grać - nie przystaję na żadną Małą Różową Rybkę. W rachubę nie wchodzi również Miś Puchatek, Wielki Gonzo ani Pikachu. Minimum moich wymagań to Struś Pędziwiatr lub Szalony Kapelusznik. Jednak marzeniem harriett zawsze było zostać Dorotką z bajki “Czarnoksiężnik z Krainy Oz”. Zaparłem się jednak i postanowiłem brnąć dalej pozostawiając uregulowanie sprawy ikonki na termin późniejszy. W końcu miałem nie sądzić po pozorach. Rozpocznijmy zatem grę, może tu będzie lepiej. Było... ale gorzej. Nie można powiedzieć, że było źle. Nie można nawet powiedzieć, że było bardzo źle. Było koszmarnie. Był to koszmar jedynie niewiele mniejszy od filmu “Wiedźmin”. A rozpoczął się jeszcze przed grą. Pierwsze co pomyślałem – Boże oślepłem, nic nie widzę. Czyżbym nie ubrał okularów? Nie, są na własnym nosie. Zacząłem więc przybliżać się do monitora. Gdy w końcu moja głowa stała się już prawie jednością z nim dostrzegłem sygnaturki kart. Wielkością do złudzenia przypominały mi opakowania czekoladek z mojej młodości, które pakowane były w papierki z wizerunkami figur karcianych. Będąc łasuchem można było zebrać całkiem ładną talię. Jednak czekoladki czekoladkami, a tu po prostu gały chcą wyleźć z oczodołów jak z finalnej scenie z Total Recall. Już wtedy miałem serdecznie dość. Nie zwykłem jednak uciekać w trakcie rozdania. Gdybym tak wiedział, że najgorsze jeszcze przede mną?

Rozdanie w warstwie merytorycznej było zgoła nieciekawe i nie warte przytoczenia. Ot na 23HCP i dość układowych rękach wylicytowaliśmy popartyjne 4S – 11 lew. Daje to +11, co na cronixie, nawet uwzględniając handicap dawany graczom z niskim rankiem, musi, po prostu musi skończyć się wzrostem ranku dla pary zwycięskiej. A tu proszę, niespodzianka. Rank obu nam spadł, a przeciwnikom wzrósł. Powiedziałem dość. Nie osądziłem ich po pierwszym wrażeniu, nie osądziłem po drugim ani po trzecim. Ale takie kwiatki!!! Co za dużo to nie zdrowo. Decyzja zapadła. Od następnego tygodnia przenoszę się do “Kurnika” Żegnaj cronixie, było miło ale się skończyło.

Zanim jednak nadszedł nowy tydzień czekała mnie pracowita brydżowa niedziela. W czwórkę udaliśmy się na minikongres do zacnego miasta Mielca z silnym postanowieniem osiągnięcia jakiegoś przyzwoitego wyniku. Na rozgrzewkę wypadło zagrać turniej par na zapis maksymalny. Na początku szło całkiem nieźle. Kilka udanych kontr za 500 i kilka mniej udanych kontr przeciwników za 470 i 510 i turniej zaczął wyglądać całkiem sympatycznie. Potem parę stołów w okolicach średniej i gdy już wyglądało, że uda się nam ten dobry wynik dowieźć do końca, nadszedł stół koszmar.

My przed

 
 
 
Q107
KQJ52
53
753

 
N  

 
 
 
AK954
KQJ97
108
4
W E     
 
 
862
A842
7
KQJ109

harriett
 

 
 
 
J3
106
A9643
A862

Po licytacji

       W N E harriet
1 2 3 3
x pass 4 5
x pass..

Gdy doszło do mnie 3C zamiast powiedzieć prostolinijne 5D, po którym, jak po rozdaniu zarzekał się przeciwnik na pozycji W, powiedziałby 5H (swoje, ok. 45% dla nas) postanowiłem coś zamieszać i wiedząc, że mają sfitowane kiery (partner mając 4 kiery zalicytowałby 1NT) zająłem im potencjalny kolor do gry. I wszystko byłoby dobrze, a może nawet bardzo dobrze (za 4S - swoje ok. 75% na naszą burtę) postanowiłem utrudnić im do końca i powiedziałem 5D. Niestety przeciwnik na poz. W nie będąc pewien jak naprawdę ma się sprawa z kierami - pacnął 5D. Karty leżały tak nieszczęśliwie, że 800 było nie uniknione i jedynie 7,5%

W drugim rozdaniu poszliśmy do poprawki.

Obie po

 
 
 
Q3
J97654
Q984
7

 
N  

 
 
 
542
Q1082
102
AK106
W E     
 
 
KJ1076
K
AJ65
854

harriett
 

 
 
 
A98
A3
K73
QJ932

Licytacja:

       W N E harriet
1 2
pas...


Po moich 2C partner, w sumie chyba rozsądnie, uznał że poczeka na wznówkę, po której zamierzał odjechać w 2H (80 lub 30% za bez 1, w zależności od tego czy przeciwnicy skontrują – raczej tak – lub coś pośredniego jeśli zagrają jakąś swoją częściówkę) Niestety, chytrzy złośliwi rywale pokrzyżowali te plany i zadowolili się grą bez kontry. Znów bez 4. Tym razem tylko 400, ale jedynie 3,5% z rozdania. Jakby tego wszystkiego było mało, by nas pognębić do końca przeciwnicy powiedzieli, że dzięki tym dwóm rozdaniom mają już ok. 43% z turnieju. Wrrrrrrr.

Potem jeszcze w przedostatniej rundzie udało nam się szybko i zgrabnie zamienić maxa na średnią i zajęliśmy nasze ulubione miejsce – pierwsze za kasą.

Po południu w ramach przetarcia przed zbliżającymi się rozgrywkami ligowymi – mam nadzieję, że w tym roku nie będzie to kolejne pasmo poniżeń i upokorzeń – podjęliśmy walkę w turnieju teamów. Mecze były 4-rozdaniowe, a tabelka przeliczeniowa z meczu 8-rozdaniowego. Zatem, by wziąć taryfę należało przeciwników w pierwszym rozdaniu zatłuc, w drugim zarypać, w trzecim zamordować, a czwarte powinno być jeszcze lepsze niż trzy poprzednie. W tym turnieju brydżowy system punktowania był dla nas wybitnie niekorzystny. Dużo lepiej sprawdziłby się system stosowany w piłce nożnej tj. 3 pkt. za zwycięstwo i 1 za remis. Bo co z tego, że z ośmiu meczów wygraliśmy pięć, jeśli trzy z nich skończyły się wynikiem 16:14.

Tylko jeden mecz wygraliśmy wysoko. My na naszym stole wzięliśmy dwa grubasy – łącznie za 29 impów, a w pozostałych dwóch nasi dzielni partnerzy dołożyli jeszcze 16. Zastanawiacie się czy 45 impów starczyło na taryfę? Nie, dało to remis 15:15. Jak to możliwe? Bardzo prosto. Nasi kochani partnerzy, metodą przetestowaną w poprzednich latach przez naszą drużynę, siedli na złej linii. Ręce opadają. Jest to może rozwiązanie dobre, gdyby w turnieju teamów przyszło grać na Balickiego ze Żmudzińskim, ale na Boga, nie na leśnych dziadków.

W przedostatniej rundzie, gdy solidnie usadowieni w środku stawki graliśmy już tylko o przysłowiową pietruszkę, przyszło rozdanie, po którym całkowicie straciłem wiarę w brydżową sprawiedliwość.

Piatnik przydzielił przeciwnikom takie oto ręce.

 
 
 
10
AKQ1062
AJ7
A93
W               E     
 
 
AKQ754
4
KQ6
K105

Po licytacji:

       W E
1
2 3
4 NT 5 NT*
7 NT

* 2 wartości z 5 + 2 króle

partner zawistował w 8S. Teraz rozgrywający popadł w 3-minutowy namysł i w końcu dołożył asa pik. Byłem przekonany, że myślał nad dalszą linią rozgrywki. Jednak jak przyznał się po rozdaniu jego myśli nie wybiegały tak daleko w przyszłość. Po prostu bardzo intensywnie analizował kuszący pomysł przepuszczenia pierwszego pika do 10 w ręce. W drugiej lewie zagrał króla pik, do którego dołożyłem waleta. Teraz przeciwnik będąc przekonany, że piki się nie dzielą (faktycznie nie dzieliły się) nie chcąc przegrać bez 2 przy złym podziale kierów, przerzucił się na ten właśnie kolor i... zaimpasował waleta kier. Jako że walet był drugi pod impasem, więc przegrać i tak się nie dało. Nie zmienia to tego, że przecież jakaś kara za taką rozgrywkę powinna być. W sumie z rozdania był kwit, bo nasi powtórzyli wynik osiągnięty na tym stole. Rozgrywka była zdecydowanie lepsza, jednak w ostatecznym rozrachunku liczy się jedynie osiągnięty rezultat.

Po powrocie do domu odpaliłem jeszcze na chwilę kompa, by sprawdzić pocztę, a tam znowu niespodzianka. Mam wiadomość. Prosto z Onetu. Musiałem ją przeczytać trzykrotnie zanim byłem gotowy uwierzyć w to co moje oczy widziały na monitorze. Otóż, tak tak to nie żart, były to przeprosiny za tę dramatycznie beznadziejną próbę przeprowadzki cronixa na onet. Ponoć pewne rzeczy nie zostały tam jeszcze do końca dopracowane. He he, dobre sobie. Toż to była jedna wielka popierdółka. Coś jakby połączenie zespołu Downa z zespołem Turnera, stwardnieniem rozsianym i CJD. Po konsultacjach w czasie turnieju z innymi, byłymi użytkownikami cronixa wyjaśniło się, że niepotrzebnie się oburzałem na spadający ranking. Wszystko było w porządku, po prostu odrobinę zmieniły się reguły. Teraz nie ma znaczenia co się w rozdaniu gra, ważne jest na której linii się siedzi. Jest linia wygrywająca i przegrywająca. Dzięki temu gra stała się sprawiedliwsza. Każdy, bez względu na umiejętności ma 50% szans na wygranie rozdania. Musi tylko wylosować dobrą linię. To taka trochę bardziej złożona wersja gry w wojnę. Albo masz kartę wyższą albo niższą, albo wygrywasz albo przegrywasz. Czyż nie jest to błyskotliwy pomysł?

Proszę, takie nowatorskie rozwiązania, a jednak wycofali się i wrócili do starej wersji. Ciekawe dlaczego. Czyżby Andrzej Lepper poruszył tę sprawę w Monitorze Wiadomości, a może stoczniowcy ze Szczecina wybierali się do nich, by wywieźć ich na taczkach.

Tak czy owak, chwilowo, na czas potrzebny na wprowadzenie poprawek (jeśli inne gry są równie dokumentnie spieprzone, to tych poprawek będzie jakieś kilkanaście tysięcy) została przywrócona stara wersja cronixa. Jednak to już nie to samo, bo ciężko gra się w ciągłym stresie, gdy jak miecz Damoklesa wisi nad tobą groźba zostania Małą Różową Rybką. Stare dobre czasy odeszły. Jak mawiają nasi południowi sąsiedzi – to se nie wrati. Dlatego od jutra przenoszę się do kurnika, bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Reginald Sukiennik (harriett)
[email protected]


[ wyniki ] [ liga ] [ kalendarz ] [ zarząd ] [ klasyfikacja ] [ teksty ]
[ linki ] [ mecenasi ] [ strona główna]