 |








 |
|
Problemy sędziów i organizatorów
czyli
przydługi komentarz nie na temat
Praprzyczyną napisania tego tekstu stały się dwa inne artykuły spłodzone
przez dwóch Tadków, oraz późniejsze nań repliki. Gdy przeczytałem tekst
Tadka B. wysłałem do niego maila z informacją, że zdarzenie jest nieprawdopodobne,
bo przecież naprawdę, to nie mogło być tak jak on to opisuje. Brydżyści
co prawda wzywają sędziego w różnych dziwnych sytuacjach, ale chyba nikt
nie domaga się, w takim przypadku jak opisany, rekompensaty za swoje zupełnie
nieuprawnione wnioskowanie przy stoliku. Tadek jednak uparcie obstawał
przy swoim zdaniu i ani odrobinę nie chciał ustąpić. Sędzia, który podjął
tę decyzję, dodał, że namysł był wyjątkowo dojrzały i połączony z wyciąganiem
kart, które to rzekomo miało sugerować - uwaga teraz będzie lawintal!
Przedstawił swoją argumentację, która po prawdzie nie przekonała mnie,
ale jak już wielokrotnie napisano, sędzia jest tylko człowiekiem a errare
humanum est. Czy w opisanej sytuacji zawodnik rzeczywiście miał powód
do wezwania sędziego? Myślę (obym się mylił), że nie bez znaczenia jest
fakt, że był to bodajże przedostatni turniej liczony do punktacji długofalowej.
Zainteresowani wiedzą, że walka była zażarta. Zaistniałe zdarzenie było
jak z chińskiej opowieści. Otóż w pewnym mieście, po przeciwnych stronach
tej samej ulicy stały dwa klasztory. Męski i żeński. Wprawdzie nie było
w tym nic złego... ale mogło być! Tak samo tutaj. Może rozgrywający rzeczywiście
poczuł się skrzywdzony tym namysłem, a może...Jak to się mówi - tonący brzytwy
się chwyta. Często obetnie mu palce, ale zważywszy, że i tak tonął to
niewielka strata. Niekiedy jednak decyzją sędziego uratuje się, a pochlastany
zostanie przeciwnik. Chcąc nie chcąc nasuwa się smutna konstatacja, że
nagroda w wysokości 1000 zł (słownie: jeden tysiąc złotych), która z jednej
strony niewątpliwie uatrakcyjnia turniej i przyciąga dodatkowych graczy
z drugiej strony może wypaczać idee fair play. Zaczyna to wyglądać tak
jak w brydżu kółkowym, gdzie gra o zbyt wysokie stawki powoduje, że koledzy
stają się wrogami, a jeden drugiego podejrzewa o oszustwo. Myślę, że tak
w jednym jak i w drugim przypadku istotny wpływ ma również ilość spożytego
związku organicznego otrzymywanego w wyniku fermentacji substancji zawierających
polisacharydy o wzorze sumarycznym C2H5OH. Ale to już zagadnienie na oddzielny
artykuł. Pocieszające (przynajmniej dla mnie) jest to, że w ostatecznym
rozrachunku długą falę wygrał Marek Jaworski. Sympatyczny, bezkonfliktowy
zawodnik, któremu nie grozi zablokowanie stawu łokciowego z powodu ciągłego
trzymania ręki w górze w celu wzywania sędziego z powodu urojeń tudzież
zwykłego pieniactwa.
Abstrahując od powyższej sprawy, ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to,
że w walce o pierwsze miejsce w ogóle nie liczył się zawodnik, który po
ostatnim turnieju sierpniowym zarzekał się, że wakacyjnej długiej fali
nie wygrał tylko i wyłącznie z tego powodu, że większość turniejów musiał
grać z przygodnymi, pożal się boże "zawodnikami", którzy bez
litości go topili. Z wrodzonej delikatności nie będę wymieniał ich
nazwisk. Teraz jednak zamierzał on grać ze swoim stałym partnerem. Nota
bene bardzo sympatycznym i spokojnym, będącym jego zupełną antytezą i
długą falę wrześniowo-październikową miał rzekomo wygrać w cuglach. Dlaczego
tak się nie stało? Bóg jeden raczy wiedzieć. Jak mniemam nastąpił splot
wyjątkowo niesprzyjających okoliczności, dodatkowo powiązany z oszukańczą
grą przeciwników. Takich co to zastanawiają się, mimo że nie mają króla
pik i w ten sposób pozbawiają rozgrywającego szansy właściwego rozegrania
koloru. I dlatego też wygrywa jakiś Marek Jaworski, a potencjalny zwycięzca
zajmuje miejsce pod koniec trzeciej dziesiątki. Jest to tym bardziej zaskakujące,
że para ta ma doskonale opracowany system, który jest po prostu zabójczy.
Z rzadka również dla przeciwników. Ten nieczęsty przypadek zaszedł właśnie
na ostatnim turnieju w Rotundzie. Po skomplikowanej licytacji, gdzie zrozumienie
w parze urwało się na poziomie 1kara! przeciwnicy po serii odzywek równie
zagadkowych co pismo węzełkowe Inków, osiągnęli kontrakt 6 pik i wzięli
13 lew. Niestety nie umiem tej licytacji odtworzyć, mimo że karty mam
przed oczami i licytuję sam ze sobą (więc jakie takie zrozumienie w parze
jest). Maksimum co jestem w stanie z karty wycisnąć to 6 trefli. Zważywszy,
że idzie szlem w piki, nie najlepiej to o mnie świadczy. Ale cóż nigdy
orłem nie byłem i pewnie już nie będę. Nie muszę chyba dodawać, że wylicytowanie
i wygranie 6 pików (nawet bez nadróbki) było dla nas pełnym zerem. Stąd
może moje rozżalenie. Tadek był tak rozżalony, że przez wszystkie 3 rozdania
nie odezwał się przy stole ani słowem, a i tak wzmiankowany zawodnik,
całkowicie bez dania racji, zrugał go, że cały czas gada, gęba mu się
nie zamyka itd. Tak to Tadka zszokowało, ze w ogóle nie zripostował. Duża
rzadkość!!!
Trudno, trzeba zrozumieć, że tak jak poziom gry tak i poziom kultury osobistej
wśród brydżystów jest zróżnicowany. Jednak zrozumieć, nie znaczy pogodzić
się z tym i przejść nad tym do porządku dziennego.
I tu chciałbym poruszyć drugi temat - ripostę Edka Gintowta będącego organizatorem
turnieju na Długiej na zarzut zawarty w tekście Tadka Rejdycha. Przyznam,
że trochę dziwi mnie jego niewiara w możliwość wpojenia co poniektórym
brydżystom podstaw dobrego zachowania, jak i niemożność jego wyegzekwowania
przez sędziego, bądź organizatora. Przecież sam napisał "Najlepszym
"lekarstwem" na głośnych komentatorów (i nie tylko, a nawet
nie przede wszystkim na komentatorów) byłoby na pewno niedopuszczanie
ich do turniejów ale nie mam pomysłu jak to wyegzekwować". A jakiż
tu pomysł jest potrzebny? Przecież wystarczy, że organizator danej osobie
powie, że dopóki nie nauczy się właściwego zachowania w towarzystwie,
nie życzy sobie jego obecności na organizowanych przez niego turniejach.
Jestem pewien, że większości nasunie to pewne refleksje i wymusi poprawę
zachowania. Wiadomo jednak, że są również przypadki beznadziejne. Taki
właśnie zaobserwowałem na ostatnim turnieju w Rotundzie, gdy wzmiankowany
przypadek, wziął się do szarpania i bicia własnego partnera. Jest to jednak
przypadek odosobniony, który powinien podlegać kuracji farmakologicznej
w lecznictwie zamkniętym. W środowisku otwartym jest niebezpieczny dla
otoczenia i powinien być czym prędzej izolowany. Większości brydżystów
minimum dyscypliny da się jednak wpoić. W Rotundzie na przykład ogłaszają,
że kto za minutę nie będzie siedział przy stoliku dostanie karę. Pięć
par dostaje karę. W następnej rundzie kolejne trzy i potem turniej przebiega
już bez większych zakłóceń. A dlaczego na Długiej komenda Przemka "zmiana
do następnej rundy" oznacza dla niektórych zawodników, że właśnie
nadeszła pora by zapalić sobie następnego papierosa? Odpowiedź jest prosta.
Gdyż Przemek nie wyciąga żadnych sankcji. Zawodnik, który otrzymuje karę
za głośne mówienie przy stoliku, krzyczy jeszcze głośniej, że nie przyjmuje
tego do wiadomości i sędzia w nagrodę karę mu zawiesza. Drugi odmawia
gry na określonych przeciwników i sędzia zamiast wywalić go z turnieju
i zakazać gry przez najbliższy miesiąc w nagrodę rozsadza go na innych
przeciwników. Trzeci z czwartym co rusz zgłaszają co najmniej wątpliwe
roszczenia i... itd. W ten sposób wszyscy widząc, że tolerancja sędziego
dla wszelkiego rodzaju ekscesów jest niezmierzona, pozwalają sobie na
coraz to więcej. Rozumiem punkt widzenia organizatora, który chce, by
w turnieju brało udział jak najwięcej graczy i nikogo nie chce wypraszać.
Jednak jest to zysk pozorny, gdyż z powodu przejawów chamstwa prezentowanego
przez jednego gracza, czterech innych rezygnuje z przychodzenia na takie
zawody. Wystarczy, że takich grajków będzie trzech, a z prostego przemnożenia
wynika, że 6 innych par zrezygnuje z grania w takim turnieju. Wnioski
do wyciągnięcia zostawiam organizatorom.
Reginald Sukiennik
[email protected]
|
|