Strona główna Strona główna
Wyniki
Liga
Kalendarz
Zarząd
Klasyfikacja
Teksty
Linki
Napisz do nas
Mecenasi brydza
   

Ligowe zmagania VI
czyli
walka korespondencyjna i bezpośredni finał

W dniach 10-11 stycznia odbył się ostatni kocioł fazy zasadniczej Małopolskiej Ligi Okręgowej, zwanej przez Zarząd PZBSu "trzecią ligą". Wbrew moim i Tadka nieuprawnionym insynuacjom różnice pomiędzy trzecią, a drugą ligą jednak istnieją; patrz tekst kolegi Jacka Hermana. Na czym się one w konkretności zasadzają tego już niestety szczegółowo, zapewne z braku czasu, nie wyjaśnił. Zapewne chodzi tu o jakieś aspekty pozabrydżowe - wysokość składki, liczenie Butlera, wszystkie drużyny grające te same rozdania, itd. Jeśli chodzi o poziom gry, to wierzcie mi, że zawodnicy trzecioligowi potrafią grać równie beznadziejnie jak drugoligowi. Bez żadnej różnicy. Każdego z nas - trzecioligowców można by spokojnie awansować szczebel wyżej i wcale by się na plus nie wyróżniał.
Zanim przejdę do wydarzeń z kotła moja wrodzona złośliwość, całkowity brak obiektywizmu, totalna stronniczość (Tadek Biernat to mój dobry kumpel) i ogólne wredniactwo nie pozwala mi nie skomentować pewnego wydarzenia.
Osoby często odwiedzające stronę naszego Związku i czytające pojawiające się tam teksty, wiedzą zapewne, że kocioł grupy krakowskiej miał się początkowo odbywać na ul. Długiej w Krakowie. Tam gdzie odbywa się piątkowy cavendish. Właśnie na temat tej lokalizacji wywiązała się ożywiona dyskusja pomiędzy Tadkiem Biernatem, a osobami zainteresowanymi, czyli organizatorem rozgrywek w postaci Mirka i organizatorem i właścicielem lokum w osobie Edka. Bez względu na to, czy dadzą oni wiarę temu czy nie, do żadnego z nich nic nie mam, życzę im jak najlepiej, tak samo zresztą turniejowi na Długiej. Ale mimo wszystko uważam, że pomysł rozgrywania tam zimą rozgrywek ligowych był pomysłem co najmniej chybionym. Sam wielokrotnie grałem tam w turniejach, fakt że głównie latem, i mimo pewnych niedociągnięć (te jednak zdarzają się każdemu) mogę tę lokalizację jako miejsce rozgrywania turniejów polecić innym. Jednak turniej to ok. 4 godziny gry, natomiast kocioł to bite dwa dni. I mimo, niewątpliwie dawanych w dobrej wierze, zapewnień Edka, tkwi we mnie poważna wątpliwość, czy udałoby się tam zapewnić temperaturę gwarantującą komfort gry. Szczególnie, jeśli uwzględnilibyśmy regularne wietrzenie pomieszczenia przez osoby opętane nałogiem nikotynowym.
W związku z powyższym chciałbym wyrazić, myślę że nie tylko w swoim imieniu, podziękowania prezesowi Leszkowi Nowakowi, że mimo iż uznał protesty Tadka za działalność obstrukcyjną, stanął na wysokości zadania i przyjął nas do siebie do Skawiny. Nie wiem, czy istnieją tam możliwości organizowania krakowskich kotłów w przyszłości, czy też była to tylko lokalizacja awaryjna. Jeśli jednak taka możliwość istnieje to głosuję za nią obiema rękami. Jest to miejsce wręcz rewelacyjne.
Po pierwsze do Skawiny jest dużo bliżej niż do Poręby, a dojazd nie zajmuje dłużej niż pół godziny. Co najwyżej organizatorzy mogliby zadbać o to, by w drodze powrotnej nie było takiej mgły na drodze.
Po drugie jest tu miło, ciepło i przyjemnie. Ośrodek wręcz pachnie nowością. Aż chce się grać w takim otoczeniu.
Po trzecie sale są oddzielne, przestronne, na tym samym piętrze. Zawodnicy nie wchodzą sobie na głowę. Nie docierają odgłosy z innych stołów. No, chyba że na tej samej sali gra kolega Górecki. Jednak żeby ten problem rozwiązać to trzeba by zarezerwować halę katowickiego Spodka.
Po czwarte na miejscu bufet. Również z ciepłymi, smacznymi daniami w rozsądnych cenach.
Po piąte dla osób mających przerwę w grze, na miejscu nowiutki elegancki basen. Sam wprawdzie nie skorzystałem, jeśli jednak w przyszłości będzie okazja tam jeszcze zagrać, to na pewno się skuszę.
Co do wad, to osobiście nie dostrzegłem żadnych. Problemem może być to, że na miejscu nie ma części hotelowej. Jednak dla kotłów krakowskich jest to zbędne, a nawet jeśli będą tam grały drużyny spoza Krakowa, to nie wierzę, by w mieście wielkości Skawiny nie dało się zorganizować noclegów. Gdy sobie przypomnę grę na kotłach w Gliwicach i tamte wyprawy do hotelu, to tu na pewno nie byłoby gorzej. Ponadto niektórzy mogą zgłosić zastrzeżenie, że bufet nie serwował napojów alkoholowych. To jednak z pewnością wadą nie było. Jakość i kultura gry tylko na tym zyskała.
Przejdźmy jednak w końcu do samych rozgrywek. Ponieważ tekst ten piszę w poniedziałek bezpośrednio po kotle nie znam jeszcze oficjalnych wyników z naszego kotła, a wyników z kotła tarnowskiego w ogóle. Nie wiem zatem jak poszło Sandecji, która nie dość, że przed tym kotłem była liderem to dodatkowo grała jeszcze na potencjalnie nie najsilniejszą opozycję. Z drużyn krakowskich będących w czołówce tabeli, w Skawinie spotkaliśmy się my i Wawel II, mający nad nami 3VP przewagi. Ponieważ z rozstawienia wynikało, że będziemy na siebie grać ostatni mecz, więc przez całą sobotę i niedzielę rano toczyliśmy jedynie pojedynek korespondencyjny. Wprawdzie nie przegraliśmy żadnego meczu, jednak Wawel też nie odpuszczał. Potrafili wygrać nawet w tak, wydawałoby się, beznadziejnej sytuacji, jak przegrana pierwsza połówka z 28 impów. My graliśmy generalnie za zmiennym szczęściem. Piszę szczęściem, ale oczywiście mam na myśli to, że raz znośnie, a raz beznadziejnie. Opisywanie poszczególnych kalafiorów zostawię Tadkowi, bo zrobi to lepiej ode mnie. Przytoczę jednak jedno rozdanie, nie z powodu jego urody, czy jakiejś zaprezentowanej tam głupoty, ale by pochwalić sędziego. By zamknąć usta tym, którzy mówią, że z Tadkiem tylko czatujemy na okazję, by dokopać sędziemu i potem biedny sędzia "ma stresa" i boi się sędziować.
Na drużynę Drogowca przyszło takie oto rozdanie.

NS po   
 
 
Axx
Kx
KQx
KJxxx
 
 
 
KQx
10x
Jxxxx
xxx

 
 
 
J1098xx
QJxx
Ax
x
  

  
 
 

x
A98xx
xxx
AJxx

Licytacja (NE i SW po tej samej stronie zasłony):

  N Kazek E Regi S Piotrek W Jacek
 
1 NT 2 * 3 pass
3 NT pass pass pass

*) zdecydowałem się na wejście pikami a nie dwukolorówką, bo uznałem, że różnica w kolorach jest zbyt duża
**) licytujący wyjaśnił, że jest to transfer na kiery, natomiast ja po mojej stronie deski otrzymałem informację, że jest to naturalne.

Mając tę informację, zdecydowałem się na alternatywny wist blotką kier do dziesiątki od partnera zabitej królem przez rozgrywającego. Ten przeszedł treflem do stołu i zagrał karo do króla. Gdy je zabiłem i odszedłem w pika, zrezygnował z dalszego rozgrywania, pokazał karty i zadeklarował, że bierze 9 lew (pika, 2 kiery, karo i 5 trefli).
Nie bronię jakoś nadzwyczajnie swojego wistu, choć wydaje mi się on rozsądną alternatywą. Nie ulega również wątpliwości, że mając informację o rzeczywistym znaczeniu odzywki 3D, wist ten bym wykluczył i poszedłbym w pika. Teraz obejrzawszy karty i przeprowadziwszy, przyznaję dość byle jaką, analizę, doszedłem do wniosku, że po wiście pikowym jest tylko osiem lew, więc kontrakt zostałby obłożony. Postanowiłem więc powalczyć o swoje i zawezwałem sędziego. Sędzią był Paweł Skałacki. Nie przypominam sobie, byśmy wytykali mu jakieś potknięcia na internecie, więc liczyłem, że będzie do naszej drużyny przyjaźnie nastawiony. Paweł jednak, zamiast czym prędzej przyznać mi rację i kazać zapisać 100 dla WE zdecydował, czy to z nudów, czy z jakiegoś dziwnego poczucia obowiązku, że najpierw przeprowadzi analizę rozdania. My wzięliśmy się za rozgrywanie następnego, a Paweł w pocie czoła analizował. Po chwili wrócił i zapytał ile lew zostało wziętych. Po otrzymaniu informacji, że 9, utrzymał zapis i uzasadnił to w sposób następujący.
Po wiście pikowym i zabiciu go przez Rozgrywającego w pierwszej, drugiej, czy też najprawdopodobniej w trzeciej lewie, naturalną rozgrywką jest ściągnięcie teraz pięciu trefli. Spowoduje to, że będę zmuszony rozstać się z dwoma pikami lub zatrzymaniem kier. A wtedy wzięcie 9 lew nie będzie już nastręczało większych trudności.
Decyzja, mimo że całkowicie uzasadniona z logicznego punktu widzenia, bardzo, ale to bardzo mi się nie spodobała. Powód ku temu był tylko jeden, ale za to zasadniczy - była ona nie po mojej myśli. W pierwszym odruchu chciałem odwołać się do komisji odwoławczej. Jednak po chwili ochłonąłem. By obronić swoje absurdalne roszczenie musiałbym mieć starannie wyselekcjonowaną komisję w sprawdzonym mieszanym składzie drugotrzecioligowym. To jednak było niemożliwe. Jeden z ekspertów jest w końcu zawodnikiem naszej drużyny. Oczywiście jestem przekonany, że byłby całkowicie bezstronny i obiektywny. Jednak czy nasi przeciwnicy oceniliby to tak samo? Natomiast dwaj pozostali w tym momencie udowadniali w Mielcu wyższość drugiej ligi nad trzecią. Nie wątpię, że z lepszym skutkiem, niż podczas pamiętnego piątkowego turnieju. Nie mając więc pewności kto do komisji zostanie wybrany, postanowiłem nie narażać się na śmieszność i odpuściłem.

Opisałem to rozdanie nie bez powodu. Po prostu jak ktoś stanie na wysokości zadania to go chwalę, a jak ktoś za przeproszeniem da d..., to go Tadek zbeszta. I zupełnie nie rozumiem tych dąsów, fochów i obrażania się niektórych osób na krytykę. Nawet, jeśli jest podszyta pewną, czasem sporą, dozą złośliwości. Wygląda na to, że niektóre osoby są całkowicie wyprane z poczucia humoru i każdą uszczypliwość pod swoim adresem, traktują jak atak na podstawy swojej egzystencji. Święte krowy.

Powracając do kotła, w końcu nadszedł mecz na Wawel. Przed tym meczem udało nam się zniwelować stratę do Wawelu do 1 VP. A więc bezpośredni pojedynek miał zdecydować, która z drużyn zostanie liderem (lub vice liderem, w zależności od tego jak poszło Sandecji). My w pokoju otwartym wystawiliśmy Zbyszka z Markiem, którzy do tej pory roznosili przeciwników, więc nie było powodów przypuszczać, że teraz będzie inaczej. Jednak powiedzieć, że zagrali tę połówkę słabo, to stracić doskonałą okazję do użycia słowa beznadziejnie. Zaczęło się od, w sumie rozsądnego, szlemika. Ten jednak nie poszedł, bo odłożył się czwarty walet atu za. Tak to naszych partnerów zniechęciło do licytacji, że zaczęli pasować przy każdej nadarzającej się okazji, a często również bez okazji. Dwa razy pozwolili grać przeciwnikom częściówkę, gdy im szła końcówka (raz zupełnie górna, raz dość łatwa do wypuszczenia) oraz wzięli 200 zamiast 1100 (bez 4 zamiast bez 5 z kontrą). Na drugim stole Bodek z Tadkiem też niespecjalnie czym mieli się pochwalić i zrobiło się 34 w plecy. Marek Górecki, który grał w pokoju zamkniętym, był wręcz rozanielony. Świergolił niczym skowronek w majowy poranek na miedzy pod Biłgorajem. Nie zniechęciliśmy się jednak. Postanowiliśmy grać ostrzej i odbić choć część start. Zbyszek z Markiem wysłani do pokoju zamkniętego, zaczęli grać jak biali ludzie. Wylicytowali i wygrali dwa szlemiki, o których u nas przeciwnicy nawet nie pomyśleli i już było nieźle. W pokoju otwartym usiadłem z Bodkiem na Maćka z Adamem, a Tadek i dwóch Marków z Wawelu siadło po rogach, jak sępy czatujące na padlinę.

Zaczęło się nieciekawie.

Obie po   
 
 
Qxx
AJx
Axx
A109x
 
 
 
Kxxx
109x
Qx
Kxxx

 
 
 
xx
KQ8xxx
10x
Jxx
  

  
 
 

Axxx
x
KJxxxx
Qx

 
Licytacja:

  N Maciek E Regi S Adam W Bodek
 
- 2 * pass 3 **
3 NT! pass pass pass

*) blokujące 6+ kierów lub 5+5+ na młodych z maksimum singlem kier
**) blokujące z fitem w kierach i co najmniej jednym młodszym
Mimo dynamicznego bloku Maciek wykazał się na licytacji i odważnie zalicytował 3NT, które na pierwszy rzut oka wygląda na górne (6 kar i 3 asy bokiem)

Pierwszy wist QH. Bodek zdemarkował dziesiątką, a rozgrywający przepuścił. Zmieniłem atak na pika, którego Bodek wziął królem i odszedł w kiera. Rozgrywający postawił waleta, ja króla, a ze stołu z niezrozumiałych powodów zamiast pika, została zadysponowana blotka trefl. Ponieważ perspektyw na dojście do kierów nie było odszedłem w trefla do damy, króla i asa. Teraz rozgrywający zagrał Asa karo, karo i... i ku mojej radości zaimpasował. No to mamy ich - pomyślałem. Tymczasem Bodek, który w oczywistych sytuacjach potrafi wpaść w namysł, pozwalający na ugotowanie w międzyczasie jajka na twardo, jak automat odszedł w kiera. Niekiedy pomyślunek ma ciężki niczym gwiazda neutronowa, ale czasem coś dobrego z jego namysłu wyniknie. Natomiast z zupełnego braku myślenia, to nigdy nic dobrego nie będzie. W każdym bądź razie jak zobaczyłem ten odwist, to o mało szlag mnie nie trafił. Ale co tam ja, gdybyście widzieli Tadka. Jego trafiły ze trzy szlagi na raz. Coś tam bluzgnął, powiedział, że ma dość, już tu nie wróci i poszedł oglądać pojedynek na innym stole. Silnej woli starczyło mu na aż dwa rozdania!!! W międzyczasie udało nam się wylicytować cieniuteńkiego szlemika, o którym na drugim stole rywale znów nie pomyśleli. A potem w akcji byli już tylko przeciwnicy. Najpierw 1100, tuż po tym 800, potem jeszcze ze 2-3 jajka drugiej klasy świeżości i mecz nabrał kolorów. Tak gdzieś w okolicy przedostatniego rozdania uświadomiłem sobie, że na sali zapanowała jakaś dziwna cisza. Słychać było tylko ciche brzęczenie Tadka, który do każdego rozdania miał coś do dodania. W końcu nawet tak spokojny zawodnik jak Maciek nie zdzierżył i go opieprzył. Co jednak stało się ze świergotem kolegi Marka? Może wyszedł z sali? Zaglądam pod deską - siedzi. Ale jakiś taki wyciszony, zadumany, wzrok przygaszony, usta wykrzywione w podkówkę. Czyżby mecz układał się nie po jego myśli? Faktycznie, należało mu pogratulować dobrej oceny wyniku. Rezultat 79:8 z połówki rzadko wzbudza euforię u pokonanych. Nie inaczej było tym razem. Szczególnie smutni byli przeciwnicy z naszego stołu, gdyż podobno po takich połówkach czeka ich poważna rozmowa wyjaśniająca z kapitanem. A z tego co słyszałem, taka rozmowa z kapitanem to nic miłego. Sam też coś o tym wiem, bo raz po nie udanym kotle, Tadek potrafił truć o jednym rozdaniu od Dębicy do mostu na Wiśle za Niepołomicami.
Satysfakcja satysfakcją, ale teraz rozeźlony Wawel na pewno będzie się chciał odegrać. Zmobilizuje się, wystawi swój najsilniejszy skład i łatwo nie będzie. Ale będziemy na nich czekać.

Reginald Sukiennik
[email protected]
   


[ wyniki ] [ liga ] [ kalendarz ] [ zarząd ] [ klasyfikacja ] [ teksty ]
[ linki ] [ mecenasi ] [ strona główna]