 |








 |
|
Kadra rejonowa
czyli
selekcja
Od razu wyjaśniam, że nie będzie to o selekcji do kadry. A to dlatego,
że rozgrywanie kadry na szczeblu rejonowym (przynajmniej w Małopolsce),
jako eliminacji do szczebla krajowego, jest kompletnym nieporozumieniem.
Po pierwsze - mimo że nie było rozgrywek na szczeblu lokalnym i do tego
etapu zostali dopuszczeni wszyscy, którzy wyrazili na to chęć, z całej
Malopolski, a częściowo również z ościennych województw, udało się zebrać
dziewięć stolików. Tak, dobrze widzicie. Nie dziewięćset, nie dziewięćdziesiąt,
nawet nie dziewiętnaście, tylko dziewięć. Czyli 18 duetów.
Po drugie - regulamin. Mimo, że były to rozgrywki kadrowe, nie rozgrywało
się meczów na VP, tylko zwykły dwusesyjny turniej na impy. Powodowało
to, że rozgrywki stały się cokolwiek losowe. Wprawdzie nie zmienia to
faktu, że osiągnięty przez nas wynik (-4 imp) był zasługą naszej słabej
gry, a nie niedoskonałości regulaminowych, jednak nie da się ukryć, że
taka formuła rozgrywek jest odrobinę nieprzemyślana. Piszę odrobinę nieprzemyślana,
choć myślę kompletnie głupkowata. Tego jednak nie powiem, bo jeszcze twórcy
regulaminu poczuliby się urażeni. Jacek Młyńczyk wystosował nawet list
do PZBSu w sprawie zmiany formuły rozgrywek w przyszłym sezonie, który
podpisała większość grających. Myślę jednak, że jest to równie owocne,
jak prośby SLD o odejście Jakubowskiej z rządu.
I po trzecie - po co w ogóle rozgrywać kadrę na szczeblu rejonowym, jak
i tak nie ma potem chętnych na wyjazd do Warszawy. Pamiętam jak w tamtym
roku, gdy frekwencja była ponad dwukrotnie większa, z najwyższym trudem
udało się namówić kilka par na wyjazd do stolycy.
Tak więc po przeanalizowaniu powyższych faktów, wydaje się, że jedyną
przyczyną organizowania tych rozgrywek jest cel finansowy. Wpisowe od
zawodnika w wysokości 30zl + 10zl licencja, w turnieju gdzie nagrody są
symboliczne (była to tylko i wyłącznie decyzja organizatorów, bo regulamin
jakichkolwiek nagród nie przewidywał!) nawet przy 18 parach tworzy już
kwotę, po którą warto się schylić. I PZBS zadał sobie ten trud. Broń Boże
nie chciałbym deprecjonować umiejętności, ani pomniejszać siły gry par,
które odniosły w tym turnieju sukces. Jednak z prawdopodobieństwem graniczącym
z pewnością mogę założyć, że żadna z tych par nie ma szans na dostanie
się do ścisłego finału. Po prostu różnica klas między krajową czołówką,
a lokalnymi graczami z Małopolski jest jednak zbyt wielka. Zatem, jeśli
już gra się o nic, to Zarząd PZBSu, mógłby przynajmniej zadbać, by formuła
rozgrywek była ciekawa.
A teraz kilka zdań, o wspomnianej w tytule selekcji. Chodzi mi tu o selekcję,
generowanych komputerowo rozdań. Generalnie byłem i jestem przeciwnikiem
takiej selekcji. Jednak od każdej reguły powinny być wyjątki. O ile w
turnieju na maksy jakąkolwiek selekcję uważam za zbędną, gdyż jedno, nawet
najbardziej niesprawiedliwe rozdanie, nie jest w stanie w sposób znaczący
wypaczyć całego turnieju, to w turnieju na średnią sytuacja wygląda już
inaczej.
Na kadrze przyszło takie oto rozdanie.
| |
Regi |
Tadek |
| |
1  |
2  |
3  |
4  |
4  |
4 NT |
5 * |
7  |
*) 0 lub 3 wartości z 5
Jak łatwo zauważyć, przy podziale atutów 2-1 szlem jest górny (nota bene
wszyscy z wyjątkiem jednej pary, która zapisała sobie 1700 za jakąś obronę,
go zagrali). Przy podziale 3-0 trzeba trafić dwustronny impas. Przeciwnicy
niestety cały czas pasowali, więc z licytacji przesłanek nie ma żadnych.
Również z wistu nie sposób wyciągnąć jakichkolwiek wniosków, gdyż wist
z trzeciej damy byłby absurdalny, a z renonsu również mało prawdopodobny,
z przyczyn, których nawet średnio zaawansowanym graczom nie trzeba wyjaśniać.
Toteż sposób rozegrania kierów sprowadza się do rzutu monetą. Od tego
czy wypadnie orzeł czy reszka będziecie mieć +12 lub -17 impów. Czyli
w obrocie 29. Jest to 1/3 całego dorobku punktowego, który zwycięska para
zdobyła na dystansie 56 rozdań. I teraz niech każdy oceni, czy dopuszczenie
takiego rozdania nie może wypaczyć wyników turnieju. Tu uczciwie muszę
przyznać, że gdyby Tadek tę damę trafił, to pewnie nie zwróciłbym uwagi
na tę kwestię. W naszym przypadku, przy poziomie gry, jaki prezentowaliśmy,
trafienie tej damy, nie miałoby istotnego znaczenia dla naszego końcowego
wyniku, co nie zmienia jednak faktu, ze taki wpływ mieć mogło. Stąd mój
postulat, by, jeśli to możliwe, eliminować tego typu rozdania. Nie chodzi
mi tu o rozdania z nie statystycznymi podziałami, gdyż takie siłą rzeczy
również muszą się zdarzać, lecz o rozdania, które z jednej strony są zupełnie
losowe, a z drugiej strony mogą w sposób znaczący zaważyć na końcowym
wyniku. Dotyczy to przede wszystkim turniejów na średnią, gdyż to samo
rozdanie w turnieju na maksy, może powodować jedynie zysk lub stratę połowy
maksa, a więc coś, co bardzo łatwo odrobić. Choćby i w następnym rozdaniu,
biorąc nadróbkę na przymusie.
W turniejach na maksy dziwaczne rozkłady mają wręcz swój urok i dlatego
właśnie lubię grać w KMP, gdzie podział 5-0 jest bez mała równie prawdopodobny
jak podział 3-2. Faktu tego nie zmieniają nawet wydarzenia z ostatniego
poniedziałku, kiedy to mój partner dokonywał rzeczy, które swobodnie mogłyby
być podstawą scenariusza do następnej części "Krzyku" Wesa Cravena.
Początkowo myślałem, że po prostu jest w słabej formie. Jednak po kilku
pierwszych stołach uznałem, że to musi być coś innego, bo tak źle grać
się nie da. No po prostu się nie da. Statystyka mówi, że gracz na pewnym
poziomie, od czasu do czasu po prostu musi wykonać jakieś dobre zagranie.
Po kolejnym z serii, porażającym centralny środek nerwowy, manewrze uznałem,
że to pewnie jakiś rodzaj prowokacji. Widocznie zdecydował się sprawdzić
moją nośność nerwową. Przekonać się ile jestem w stanie wytrzymać. Postanowiłem,
że się nie dam i z uśmiechem podchodziłem do kolejnych kalafiorów. Nawet
zacząłem dowcipkować z przeciwnikami. A ci naprawdę mieli powody do żartów.
I gdy już myślałem, że uda mi się dotrwać do końca, w przedostatnim rozdaniu
partner podjął ostateczną rozpaczliwą próbę. I coś we mnie pękło. Wydarł
się ze mnie tytułowy krzyk. Nie będę tego zagrania opisywał. Wystarczy,
że powiem, iż było ono niewiarygodne nawet według standardów brydża internetowego.
Gdy ochłonąłem, zrobiło mi się wstyd, że tyle wytrzymałem i na sam koniec
poddałem się. Okazało się jednak, że moja nośność nerwowa, też ma swoje
granice. Leżą one, gdzieś tak w rejonie 7-8 jajka w turnieju jednosesyjnym.
Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że ta ostatnie prowokacja,
była prowokacją najwyższej klasy. Chapeau bas.
Dla wyjaśnienia muszę dodać, że w tym ostatnim turnieju moim partnerem
nie był Tadek Biernat. Piszę to, bo inaczej na pewno by do mnie zadzwonił,
żebym to dopisał.
Reginald Sukiennik
[email protected]
|
|