 |








 |
|
Nasz Jacku Troskliwy
czyli
dlaczego nie mogłem się powstrzymać od napisania repliki
Zanim przejdę do meritum uczciwie przyznam, że z dużą przyjemnością przeczytałem
twój tekst. Jest dokładnie taki, jaki lubię i sam preferuję. Napisany
językiem z pozoru miłym i życzliwym, a w rzeczywistości zjadliwy i prześmiewczy.
Po prostu super!
Tym bardziej, że większość artykułów na tej stronie będących replikami
na teksty moje i Tadka jest napisana w formie wybitnie płaczliwej, typu
"o ja biedna skrzywdzona niewinność, taka jestem śliczna, mądra
i szlachetna, a tu zamiast chwalić i podziwiać to lżą, plwają, szkalują
i oczerniają".
Jednak powód napisania tej repliki był zasadniczo inny. Postanowiłem bowiem
zmierzyć się z zawartymi w Twoim tekście niedopowiedzeniami, przeinaczeniami
i półprawdami. Zważywszy na jego skromne rozmiary, ich ilość zaiste może
budzić szacunek.
- Zacznijmy od rzeczy najistotniejszej, czyli wydarzeń przy stole.
Nie będę się wypowiadał w imieniu Tadka, bo nie wiem co wtedy myślał.
Ja w każdym bądź razie w momencie, gdy Basia zapytała (osobiście odniosłem
wrażenie, że pytanie było skierowane tylko i wyłącznie do Mirka) ile
lew oddała i, wbrew temu co piszesz, uzyskała na nie odpowiedź - fakt
że błędną - byłem praktycznie w 100% przekonany, że poprawna odpowiedź
brzmi - Dwie lewy. Oczywiście teoretycznie mogłem się mylić
i wtedy dopiero byłaby chryja. To jednak tylko teoria, gdyż sam rozgrywając
kontrakty staram się nie obciążać partnera, czy też przeciwników zadaniami,
które należą do moich obowiązków. To takie trywialne drobiazgi, jak
pamiętanie przebiegu licytacji, kontraktu jaki się rozgrywa, ilości
lew, które się oddało itp. Niby trywialne, a jednak... Mimo to, przyznaję,
może się nasunąć pytanie, dlaczego nie skorygowałem nieprawdy? Oczywiście
nie odbieram Ci Jacku prawa twierdzić, że to brak ducha fair play i
niedostatki dżentelmenerii. Jednak następna moja wada, obok nieomylności,
czyli wybitnie zawyżona samoocena pozwala mi twierdzić, że na tle innych
krakowskich graczy nie wypadam pod tym kątem tak zupełnie najgorzej.
Fakt, że nie ma się czym chwalić, bo i tło dosyć liche.
- Co do wspomnianego przez Ciebie, ewentualnego śledztwa, to traktuje
to w charakterze żartu. Załóżmy jednak dla potrzeb dyskusji, że takowe
śledztwo zostałoby przez Basię wdrożone. Jakie byłyby tego następstwa?
Tu, choć robię to niechętnie, bo czytanie wszelkiego rodzaju przepisów
i regulaminów jest mi wstrętne, należałoby odwołać się do "zielonej
książeczki". Nie będę ukrywał, że korzystałem tu z pomocy wykwalifikowanego
sędziego, gdyż sam stawiam ducha prawa przed jego literą, a co za tym
idzie znajomość poszczególnych punków przepisów brydżowych jest mi zupełnie
obca. Jednak po analizie odnośnych punktów regulaminu, wygląda, że mimo
iż działałem intuicyjnie, zachowałem się przy stole całkowicie poprawnie.
Co też bowiem mówią przepisy na ten temat?
42.A.1 Uprawnienie dziadka - do udzielania informacji w obecności
sędziego - informacji dotyczących faktu lub przepisu
Pomijając już kwestię niewezwania sędziego do stołu, to informacja jaką
Rozgrywająca chciała uzyskać z pewnością nie mieściła się w powyższym
zakresie
43.A.1.c Ograniczenia dotyczące dziadka - dziadek nie ma prawa brać
udziału w grze, ani wypowiadać się na temat rozgrywki w jej trakcie.
Czy informacja o ilości wziętych lew jest wypowiedzią na temat rozgrywki?
Moim zdaniem bez wątpienia tak!
Wprawdzie powyższe przepisy dotyczą dziadka, a nie obrońców, ale myślę,
że można je również zastosować w stosunku do nich. Jak więc widzisz
wybór miałem nie łatwy. Albo złamać przepisy, albo wykazać się brakiem
dżentelmeterii. Przykro mi, ale nie potrafię wzbudzić w sobie wyrzutów
sumienia, że nie złamałem przepisów.
- Teraz kilka słów odnośnie, jak to zgrabnie ująłeś, "poczucia
ekspiacji". Jeśli nie poczułbyś się urażony, to sugerowałbym większą
ostrożność w posługiwaniu się zwrotami, których znaczenia nie jest się
do końca pewnym. Ja w takich przypadkach korzystam z trzytomowego Słownika
języka polskiego pod redakcją Mieczysława Szymczaka. Naprawdę dobra
rzecz. Tam też można przeczytać, że ekspiacja to okupienie winy,
pokuta, zadośćuczynienie, przebłaganie. Tobie, jak śmiem przypuszczać,
chodziło raczej o poczucie winy niż poczucie ekspiacji. Fakt, oba te
słowa w jednym stoją domku. Zapewniam Cię jednak, że wina i ekspiacja
choć bliskie sobie, to nie to samo! To tyle, jeśli chodzi o tę króciuteńką
językową dygresję. Wracając jednak do wspomnianego wyżej poczucia, to
może Cię to zaszokuje, ale po prostu go nie mam. Powiem więcej. Gdybym
ja z tego powodu miał mieć poczucie winy, to sporą grupę krakowskich
brydżystów już dawno temu powinno zagryźć sumienie z powodu czynów jakich
zdążyli się dopuścić przy grze w brydża.
- Jeśli chodzi o nasze bezowocne zmagania z trudnościami w awansie
do II ligi, to zupełnie nie dostrzegam tu związku z resztą Twojego artykułu.
Domyślam się jednak, dlaczego nie mogłeś się powstrzymać od tego żartobliwego
komentarza. Zapewne ubodły Cię moje stwierdzenia z poprzednich artykułów,
jakoby poziom II i III ligi niczym się nie różnił. Przykro mi, ale absolutnie
się z tego nie wycofuję. Mimo że w II lidze grałem tylko jako jednoroczna
efemeryda, był to czas wystarczający, by ocenić średni poziom grających
tam zawodników. A powód, że dwukrotnie równie szybko spadliśmy jak awansowaliśmy
był tylko i wyłącznie jeden. Była to nasza wybitnie beznadziejna gra,
a nie rewelacyjna gra przeciwników. Ponadto trzeba Ci wiedzieć, że było
to kilka lat temu, gdy II liga była znacząco mniejsza. Teraz, po jej
powiększeniu, to nawet nie chcę myśleć jaki tam jest poziom. W końcu
ilość rzadko idzie w parze z jakością.
- Co do naszych predyspozycji do awansu do II ligi, to najwyraźniej
bardzo wybiórczo czytałeś to co wcześniej napisałem. Pozwolę sobie zacytować
sam siebie:
"Napisałbym, że gra w naszym wykonaniu była żenująca, jednak
analiza poprzednich tekstów wykazuje, że nadużywam tego słowa. Napiszę
więc, że zagraliśmy na właściwym sobie poziomie i będzie to znaczyło
to samo. Jednak dziś już się otrząsnąłem po porażce, a nawet dostrzegam
jej jasne strony. Zważywszy, że drużyna nie ma sponsora, więc nieawansowanie
do II ligi, to bądź co bądź znaczące oszczędności dla naszych kieszeni".
To mój komentarz na temat gry Dyktatora na ostatnim, decydującym o awansie
kotle. Jak więc widzisz nazywam sprawy po imieniu. Nie awansowaliśmy,
bo graliśmy źle. Proste. Awansowała drużyna lepsza. A komentarz o sponsorze
to nic więcej jak dostrzeżenie szczęścia w nieszczęściu, a nie wytłumaczenie
niepowodzenia.
6) Na koniec kwestia zagadkowej damy karo. Dopiero po przeczytaniu Twojego
tekstu sprawdziłem oryginalny rozkład i ku mojemu zdziwieniu, damę rzeczywiście
posiadał W. Nie zmienia to jednak faktu, że na naszym stole damę karo
z pewnością miałem ja. Warto byłoby sprawdzić jak ta sprawa wyglądała
na innych stołach, gdyż jeśli tylko u nas wystąpił taki "kwiatek"
to rzeczywiście Basia została poszkodowana i mając tę damę, mimo naszej,
bezlitośnie obnażonej przez Ciebie, gry unfair, kontraktu nie dałoby
się przegrać.
7) Co do podawania kart przed rozgrywką, to kto wie. Mogło się to zdarzyć.
Pocieszające jest jedynie to, że chociaż mnie o to nie podejrzewasz.
Dziwi Cię skąd wyciągnąłem wniosek, że jestem poza podejrzeniem? To
proste. Sugerujesz, że mógł to zrobić jedynie ktoś "życzliwie uprzejmy"
Ja, na podstawie analizy Twojego tekstu, mogę siebie spokojnie z tego
grona wykluczyć.
Reginald Sukiennik
[email protected] |
|