 |








 |
|
Mędrcy z Krakowa
czyli
dobrze być Rodwellem cz. 2
Zanim przejdę do sedna sprawy wypada mi złożyć gratulacje drużynie Sfora
Cibora za dokonanie rzeczy naprawdę budzącej szacunek, czyli awans do
I ligi. W pierwotnej wersji tekstu powyższe zdanie było odrobinę dłuższe,
jednak po krótkim namyśle usunąłem z niego słowo "szczere".
W końcu hipokryzja też powinna mieć swoje granice. Uczciwie trzeba przyznać,
że zaliczałem się do tych 95% krakowskich brydżystów, którzy na samą myśl
o możliwości awansu Sfory do I ligi głupkowato się uśmiechali i znacząco
pukali w głowę.
I tak dobrze, że nie należałem do szacownego grona krakowskich drugoligowców,
którym Cibor wraz ze Sforą przez cały sezon regularnie łoił skórę. Pamiętam
nawet przeucieszną rozmowę, której byłem mimowolnym świadkiem, podczas
jednego z okręgowych turniejów w Krakowie. Miało to miejsce już po zakończeniu
fazy zasadniczej II ligi, a przed play-off. Spotkało się dwóch graczy
drużyny będącej rywalem Sfory i tak oto omawiali zaistniałą sytuację.
- Wiesz, że Sfora wybrała nas na przeciwnika?
- No to gramy z Wisłą w finale.
Buhahahahahahah. No to zagrali!
W czym tkwi tajemnica awansu do I ligi? Sprawa z pozoru jest prosta. Wystarczy
porządna praca w parach nad systemem licytacyjnym plus minimum solidności
i odpowiedzialności w grze. Niestety dla drużyny Dyktator, i nie tylko,
jest to konkluzja bardzo smutna. Tak jedno jak i drugie jest całkowicie
poza naszym zasięgiem, a zatem perspektywy awansu są zerowe.
Czas jednak wrócić do tematu tekstu. Zapewne pamiętacie tekst o podobnym
tytule, a kto nie pamięta niech się cofnie do wcześniejszych tekstów i
znajdzie artykuł Zbyszka Sagana, oraz mój do niego komentarz. Tym razem
też będzie o Rodwellach. Ale takich lokalnych. Mniejszego kalibru. W końcu
każde środowisko ma Rodwellów odpowiednio skrojonych do swojego formatu.
A że w przypadku Krakowa nie jest to format z tych największych to już
zupełnie inna sprawa.
Nie tak dawno odbywał się w Krakowie turniej na maksy, grany, coraz popularniejszym
ostatnio, systemem barometr. W zasadzie już 2 rundy przed końcem kwestia,
kto stanie na pudle była zamknięta. Do rozstrzygnięcia pozostała tylko
sprawa kolejności. Ostatnią rundę przyszło nam grać na II stole na NS.
W pierwszym z rozdań, dzięki sporej dozie szczęścia wzięliśmy maksa. W
drugim, w związku z opisanym wyżej brakiem pracy nad systemem, nie wiedziałem
co znaczy kontra partnera i uciekło kilka nader istotnych oczek. Zwykła
uczciwość każe przyznać, że gdyby te oczka nie uciekły wydarzenie ze stołu
nr 1 nie miałyby istotnego wpływu na ostateczną kolejność.
A trzecie rozdanie wyglądało tak:
| |
N |
E |
S |
W |
| |
| pass1 |
pass |
1  |
pass |
2  |
x |
2
|
2  |
3  |
pass |
3  |
pass |
1) Nie zdecydowałem się na otwarcie, gdyż uznałem, że taka karta z dwoma
asami to za dużo na 2NT, a znów na 1D to cokolwiek za mało.
Dzięki temu zagraliśmy w najlepszy kolor i to na całkiem rozsądnej wysokości.
Po wiście w QC Tadek biorąc 4 atutowe w ręce, 3 asy i przebitkę pikową
w stole wywrócił się za 50. Okazało się to rewelacyjnym wynikiem - 80%
z rozdania.
A co stało się na stole nr 1?
Licytacja
| |
N |
E |
S |
W |
| |
| 2 NT |
pass1 |
3 2 |
pass |
3  |
pass |
pass |
pass |
1) ważne w świetle późniejszych zdarzeń
2) po namyśle
Kontrakt 3D został przegrany bez 2 za 100 - 66% dla NS. Wynik został
oprotestowany przez parę EW, argumentującą, że odzywka 3D była następstwem
namysłu zawodnika S. Jest to fakt niepodważalny i nie sposób nie przyznać
racji parze EW. To, że S prawdopodobnie myślał nad tym, czy nie zalicytować
3H, nie pozostaje w związku ze sprawą. To samo dotyczy argumentu, że tak
3C jak i 3D grane było na siedmiokarcie, a 3D było tylko teoretycznie
lepsze, w związku z korzystniejszym podziałem atutów u przeciwników.
Co natomiast pozostaje w związku, to to, że w rzeczywistości kontrakt
treflowy był grany na kilku innych stołach. Nikt nie wziął mniej niż 7
lew! Byli tacy, którzy wzięli więcej. Wprawdzie tu bronił nie byle kto,
ale też i rozgrywający swoją wcześniejszą grą w całym turnieju dał asumpt
do stwierdzenia, że raczej nie należy oczekiwać jakiejś spektakularnej
głupoty rozgrywkowej z jego strony podczas grania kontraktu 3C. W końcu
przez cały turniej siedział na 1NS. Przez większość turnieju z dużą przewagą
nad innymi parami. Zapewne dlatego też sędzia utrzymał zapis 100 dla NS.
Od tego momentu miały miejsce wydarzenia, które zmusiły mnie do zastanowienia
się, czy aby na pewno w takich sytuacjach wszyscy gracze są równo traktowani?
I czy aby bycie lokalnym Rodwellem nie przynosi wymiernych korzyści?
Para EW odwołała się od decyzji sędziego. Ponieważ jury d'appeal nie było
wcześniej powołane, wyłoniono je więc teraz. A może też wyłoniło się spontanicznie.
Sam nie wiem. Tak czy owak kilka osób, uważanych w Krakowie za autorytety,
rozpatrywało przypadek, dyskutowało, brało pod rozwagę, ważyło koniunkcje
i alternatywy i... wynik został utrzymany. Chwilowo!
Piszę chwilowo, bo choć był to już w zasadzie koniec turnieju to sytuacja
była rozwojowa. Prowadzący czekał tylko na to rozstrzygnięcie, by podliczyć
i ogłosić wyniki. Te pojawiły się w ciągu 2-3 minut. Para NS wygrała turniej.
Z dużą przewagą! Chcę to podkreślić, bo wydaje mi się, że ma to znaczenie
dla dalszych zdarzeń. Para EW wskutek tego rozdania spadła na trzecie
miejsce, ale z niewielką stratą do drugiego. Co zatem robi para EW? Odwołuje
się jeszcze raz. A jej odwołanie zostaje jeszcze raz rozpatrywane! Na
sugestię kogoś z komisji, że 3C też jest bez 2, gracz E argumentuje, że
3C skontrowałby, a na 3D nie miał na kontrę. Owszem, jestem gotów sobie
wyobrazić, że skontrowałby, choć ja na jego miejscu byłbym zadowolony,
że grają mi w trefle, a nie w kara. Niestety dalej moja wyobraźnia już
zawodzi. Nie umiem sobie wyobrazić na jakiej podstawie gracz W miałby
tę kontrę utrzymać, zważywszy, że wcześniej nie było kontry na 2NT. Jednak
przekroczmy granice wyobraźni i załóżmy, że gracz W rzeczywiście spasowałby
kontrę partnera. Czy parze EW przyniosłoby to korzyść? Szczerze wątpię.
Nie wiem, czy kwestia ta była przez jury rozpatrywana, czy odbył się jakiś
panel, ale moim zdaniem w takim przypadku gracz S prawie na pewno odjechałby
w 3H i para NS znalazłaby się w najlepszym dla siebie kontrakcie, którego
to, nawet z kontrą, nie sposób obłożyć za więcej niż 100.
Jeśli przekroczyliśmy już granice wyobraźni nie stanie się nic złego,
jeśli przekroczymy również granice zdrowego rozsądku i założymy, że na
kontrakt 3C bez kontry obrońcy broniliby się genialnie, a gracz S rozgrywałby
nieszczególnie, przegrywając bez 3. EW zapisaliby na swoją burtę 150,
co dałoby im dokładnie 50% z rozdania.
A jaka była zweryfikowana decyzja komisji? - 40% dla NS, 60% dla EW!!!
Podsumowując nasuwa się kilka pytań.
- Ilustopniowa jest procedura odwoławcza obowiązująca podczas krakowskich
turniejów?
- Czy komisja może przyznać parze niewykraczającej wynik lepszy, od
najlepszego (z mieszczących się w granicach rozsądku) wyników, jakie
ta para mogła uzyskać przy stole, gdyby wykroczenie nie nastąpiło?
- Czy w tym konkretnym przypadku para NS zgodziłaby się na taki werdykt
komisji, gdyby wcześniej nie znała wyników końcowych i nie wiedziałaby,
że to i tak nie zepchnie ich z pierwszego miejsca?
- Czy w Krakowie dobrze być Rodwellem?
Żebyśmy mieli jasność. Na to ostatnie pytanie nie oczekuję odpowiedzi.
Gram w Krakowie już od wielu lat i ODPOWIEDŹ NA NIE JEST MI DOSKONALE
ZNANA.
Reginald Sukiennik
[email protected] |
|