Strona główna Strona główna
Wyniki
Liga
Kalendarz
Zarząd
Klasyfikacja
Teksty
Linki
Napisz do nas
Mecenasi brydza
   

Ligowe zmagania V
czyli
ruszył nowy sezon

Jak już zapewne wszyscy zauważyli, nadeszła jesień, a z nią nowy sezon ligowy. W dniach 18-19.10 inaugurację miała również nasza ukochana liga okręgowa. Ups przepraszam, według nomenklatury PZBS-u nazywa się ona trzecią ligą. Pewnie dlatego, że grają tam zawodnicy trzeciego sortu, czyli tacy jak my i nam pokrewni. Pamiętam, wcale nie tak dawno, bo zaledwie kilka lat temu, na rozgrywki trzeciej ligi wyjeżdżało się do Rzeszowa, Jarosławia, w Bieszczady. Uczestniczyła w nich nawet drużyna ze Lwowa. Teraz, po reformach, których nie powstydziłby się nawet Mariusz Łapiński najdalszy wyjazd jaki nam grozi to eskapada do Bartkowej nad Jez. Rożnowskim. Jeszcze ze dwie reformy i grając III ligę nie będę się musiał ruszać z Nowej Huty. Za to koszt wpisowego będzie zapewne równy kwocie jaką musiałem wydać na modernizację komputera. Bez wątpienia za to będzie się to wiązało z rozlicznymi przywilejami.

  1. Wpisowe do turniejów brydżowych dla "nieczłonków" zostanie podniesione o 300%, czyli innymi słowy członkowie będą mieć 75% rabatu.
  2. Darmowy "Świat brydża" będzie kosztował 20zł i stanie się tygodnikiem.
  3. Legitymacje członkowskie, w zależności od częstotliwości gry w turniejach będą srebrne, złote i platynowe, co ich posiadaczom będzie dawało kolejne przywileje; np.: darmowy miesięczny wyciąg ze zdobytych w danym okresie PKL-i, bezpłatne konsultacje sędziowskie przez internet itd. Możliwości są praktycznie nieograniczone.

To wszystko jednak przyszłość, choć zapewne nieodległa. Koncentrując się jednak na dniu dzisiejszym i walce o ligowy byt, nasza drużyna dokonała znaczącego wzmocnienia, podkupując z przesławnej drużyny Wawel Marka Jachimczyka. Po części transfer ten był zapewne następstwem odmłodzenia składu przez Wawel - chodzą słuchy, że w tym sezonie częściej na boisko będzie wpuszczany niezwykle obiecujący junior Marek Górecki, nadzieja polskiego brydża sportowego i potencjalny członek naszej reprezentacji olimpijskiej na olimpiadę w Vancouver. Drugim powodem, była konieczność wzmocnienia naszego składu, gdyż plany są niezwykle ambitne. Ich wygoda polega na tym, że nie musimy ich tworzyć od nowa gdyż co roku są takie same.
- przed pierwszym kotłem - awans do II ligi
- przed drugim kotłem - awans do czołowej szóstki by zapewnić sobie bezpieczny ligowy byt
- przed trzecim kotłem - wyrwanie się z ostatniej czwórki
- przed rundą odgrywkową - modły do PZBS-u o kolejne rozbudowanie ligi
- przed barażami - modły zostają wysłuchane, nikt nie spada, kolejne 6 drużyn awansuje z okręgówki, można się zająć planami wakacyjnymi.

W związku z tymi niezwykle ambitnymi planami cała drużyna intensywnie trenowała. Wszyscy jej członkowie co tydzień spotykali się na środowych turniejach w Rotundzie. I to jest ta jaśniejsza strona medalu. Ciemniejszą jest to, że nieodmiennie spotykali się na jednym z ostatnich stolików. Czyżby to poziom gry w Rotundzie tak się podniósł?
Niedawno, dzięki staraniom pana prezesa udało się zorganizować przesympatyczny turniej w hotelu Cracovia w amerykańskim towarzystwie. Dzięki temu mieliśmy okazję potrenować w międzykontynentalnym towarzystwie. Teraz już wiem co chcę robić w przyszłości. Chcę zostać amerykańskim emerytem. Taki emeryt, bądź emerytka to ma klawe życie. Jeździ sobie po świecie, zwiedza, gra w brydża. Żyć nie umierać. Jeśli chodzi o ich poziom gry, to był on zróżnicowany; od średniego przez słaby do (jak się wyraził jeden z naszych arcymistrzów) "ziemia do kwiatów". Nie zmienia to jednak faktu, że towarzystwo było bardzo sympatyczne, atmosfera kulturalna, a moja urocza babcia z Kalifornii, choć brydżystka z niej nie najmocniejsza, była przemiłą partnerką. Gdybyż tak na inne krakowskie turnieje można zapraszać jedynie graczy umiejących się w towarzystwie zachować, nie przeklinających przy stoliku, bądź upijających się do nieprzytomności. Wiem, że organizatorzy i sędziowie nie chcą się nikomu narazić, jednak pozostawiam im pod rozwagę kwestię, czy nie należało niektórym graczom zakazać wstępu na krakowskie turnieje, dopóki nie nauczą się choćby podstaw savoir vivre`u.

W końcu nadszedł jednak długo oczekiwany weekend. Po korzystnych losowaniach drużyna Dyktator trafia do grupy krakowskiej i pierwszy kocioł rozgrywaliśmy w Porębie koło Myślenic. Trzeba pochwalić organizatora, że miejsce wybrane jest bardzo trafnie. Blisko Krakowa, co pozwala wrócić na noc do domu, warunki do gry co najmniej dobre, obsługa sympatyczne, jedzenie w porzo - generalnie duży plus. Sędzia, którym tym razem był Paweł Skałacki panował nad sytuacją, więc nie dochodziło do żadnych większych scysji, które do tej pory były chlebem codziennym. Chyba tylko raz niezbędna była ingerencja sędziego przy tego typu zajściu. Zdarzyło się to podczas meczu Wawelu II z GOK Rożnów, przy stoliku przy którym siedział gracz znany w Krakowie ze swojej wyjątkowej kłótliwości i podejrzliwości wobec przeciwników. Myślę, że kluczową sprawą, która spowodowała schłodzenie temperamentu graczy była decyzja sędziego o całkowitym zakazie spożywania alkoholu (również piwa) przy stolikach. I co ważniejsze przepis ten był z całą surowością egzekwowany. Nie da się ukryć, że z egoistycznego punktu widzenia naszej drużyny, była to dla nas decyzja ze wszech miar niekorzystna. Drużyny, które na mecze wieczorne miały już poważne problemy ze skompletowaniem składu, tym razem zasiadały do gry trzeźwiuteńkie do granic trzeźwości. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że niektórzy z zawodników obchodzili ten przepis, obficie tankując przed grą przy bufecie, tak by starczyło im na całe 24 rozdania. Przypadek taki miał również miejsce w drużynie Wawelu. W tym jednak przypadku usłyszałem od ich kapitana, że ten zawodnik jest jednak całkowicie usprawiedliwiony, bo ponoć z jego partnerem na trzeźwo absolutnie grać się nie dało.
Nie byłbym jednak sobą gdybym czegoś nie zganił. Otóż okazało się, że dwie drużyny; obie występujące pod szyldem AGH nie zgłosiły się na kocioł. Jedna z nich została zastąpiona drużyną Skawinki, dzięki czemu pojawiły się nowe sympatyczne twarze. Natomiast druga...
Druga i owszem przyjechała. Jest około 14:40, druga runda zaczęła się mniej więcej 10 minut temu, a tu pod ośrodek podjeżdża drużyna AGH. Wysiadają. Papierosek. Siła spokoju jak z plakatów Mazowieckiego. I powolutku, dostojnym krokiem niczym procesja w Boże Ciało udają się do budynku. Pewnie jak zwykle okaże się, że nikt nie zawinił. Faktem jest jednak, że sędziego nikt nie zawiadomił, harmonogram II rudny został kompletnie skopany, drużyny trzeba było przesadzać; krótko mówiąc kompletna żenada. Dalej gra toczyła się już bez zaburzeń.
Przy naszym stole do poważnego zaburzenia, czy też raczej wzburzenia naszego kapitana doszło dopiero przy meczu ze Skawinką. Przeciwnicy w swojej złośliwości postanowili bronić się po naszym treflu lambdą. Nasz główny teoretyk Bodzio szybko narzucił obronę w parze - na ich sztuczne wejścia kontra znaczy, że mamy ten kolor (oczywiście uzgodnień było więcej, to jednak nasi zawodnicy mieli okazję wykorzystać w praktyce.
Tadziowi siedzącemu na pozycji S przyszła taka oto karta.

  x
AKx
AQxxx
Kxxx

Po otwarciu partnera 1C i wejściu przeciwnika 1D (transfer na piki) zgodnie z ustaleniem dał kontrę. No proszę, jak to dobrze uzgodnić system, od razu jest korzyść. Potem drugi z przeciwników raczył zalicytować 1S, na co Bodzio oznajmił, że piki to on trzyma, licytując 1NT, a drugi z przeciwników niezrażony jego zatrzymaniem rzekł 2S. Tadziu wpadł w niezbyt długi namysł. Tak się zastanawiałem nad czym on myśli, przecież odzywka 3D się narzuca. Ten jednak zgłosił 3C. Pomyślałem - pewnie się bał (choć nie wiem czemu), że odzywka 3D byłaby nieforsująca i dlatego zgłosił nowy kolor na wysokości trzech. Przeciwnik spasował, deska poszła na drugą stronę i nie za bardzo miała ochotę wracać. W końcu usłyszałem dźwięk, który zmroził mi krew w żyłach. Był to dźwięk, który nie sposób pomylić z niczym innym. Dźwięk wkładanych do bidding boxu kartoników. Tadziu chyba też ten dźwięk rozpoznał, bo ręce zaczęły mu się niepokojąco trząść, a na czoło wyszła dorodna żyła. W tej też chwili na naszą część stołu wróciła deska. Nie muszę dodawać, że posprzątana jak stolik w ekskluzywnej restauracji. Tego Tadziu nie zdzierżył. Rzucił karty, coś tam bluzgnął i wyszedł się schłodzić na zewnątrz. Nawet nie zdążyłem mu powiedzieć, że przecież dla bezpieczeństwa mógł zalicytować kolor przeciwników. Po chwili przypomniałem sobie jednak, że taki przypadek też już w tej parze miał miejsce i swego czasu w Rotundzie grali 4S w kolor przeciwników. Tak więc ten kontrakt nie był jeszcze wcale taki zły. Po pierwsze grali w swojego siedmiokarta. Po drugie byli przed partią. Po trzecie Bodziowi po starannej rozgrywce udało się tego kontraktu nie przegrać (a byłem pełen obaw o czym za chwilę). A po czwarte była jakaś nadzieja, że przeciwnicy dojdą do szlemika. Ten ostatni przypadek jednak nie zaszedł i było 7 impów straty. Ale za to ubaw przy stole był przedni. Może jedynie Tadziu nie był zbyt rozbawiony, co jest tym dziwniejsze, że uważałem go za gościa z dużym poczuciem humoru. A tu nie poznał się na takim fajnym żarcie.
Trochę się z Tadzia podśmiewam, ale mecz wcześniej też miałem szczęście zagrać z Bodziem i też mnie solidnie wzburzył. Grając na Wawel przyszło takie oto banalne rozdanie

 

Obie przed    
 
 
xx
Axx
K109x
xxxx
K10xxx  
 Q10x
 A
QJ10x
 

 
 
 
Qx
Kxxx
QJxxx
Ax
  

  
 
 

AJ9x
Jxx
xxx
Kxx

Licytacja:

  Regi S Bodzio N
 
Pass1 pass 1 pass
2 2 pass 2 pass
pass3      

1) nie będę tu wysnuwał jakichś pseudonaukowych teorii dlaczego to spasowałem. Po prostu, źle mi się policzyły oczka i myślałem, że mam 11 z drugą damą. Stąd mój pas.
2) Lepsze było 2C (drury), dowiedziałbym się jaką siłę ma partner, a tak po 2S dalej było to dla mnie niewiadomą
3) Mimo wszystko gdybym doliczył się 12 oczek, licytowałbym dalej, a tak...

przyszło partnerowi rozgrywać kontrakt 2S po wiście blotką karo. Dopiero w tym momencie zauważyłem, że mam dwunastaka. Partner wprawdzie nic nie krzyczy, ale to jeszcze nic nie znaczy, w końcu po drugiej stronie nie siedzi Tadziu. Tak czy owak jesteśmy przed partią, więc dużej straty być nie powinno. Co najwyżej 7-8 impów. Ale na razie trzeba wygrać, ten żenująco niski kontrakt. Partner po wzięciu lewy zagrał damę trefl. Przyznam, że gdy impas się nie udał, bezrozumnie się ucieszyłem. Ale nie uprzedzajmy faktów. Przeciwnik po wzięciu lewy na króla odszedł w kiera, a jego partner po namyśle zabił blotkę rozgrywającego asem, czym podarował dodatkową lewę. Następnie odszedł w trefla do asa w dziadku. Teraz rozgrywającemu pozostało już jedynie wziąć się za atuty. Zagrał damę, która została zabita asem i nastąpił odwist w karo. Rozgrywający popadł w głęboki namysł. Wszyscy znamy namysły Bodzia, więc nikt się nie denerwował. A nikt się nie denerwował, bo nikt nie podejrzewał, że Bodziu myśli nad tym właśnie rozdaniem, a nie analizuje czegoś z poprzedniego meczu. Prawda wyglądała jednak tak, że zastanawiał się jak wysokiego atuta należy położyć. Generator zdarzeń losowych siedzący u Bodzia w głowie wylosował dziesiątkę??? Było to celne posunięcie, gdyż obrońca nie mając waleta atu nie był w stanie nadbić. Niektórzy, co bardziej dociekliwi analitycy spostrzegą, że nawet gdyby miał waleta to i tak nie mógłby nadbić, bo miał jeszcze trzy kara. Jak to się łatwo analizuje w odkryte karty. Przy stole jednak Bodziowi nie mieściło się w głowie, że obrońca mógł zawistować w karo nie z singla. Dzięki temu oto perfidnemu wistowi, udało się obrońcom urwać jedną lewę. Kontrakt jednak nadal wydawał się niezagrożony, szczególnie że w następnej lewie rozgrywający zgrał króla atu. Teraz nastąpiło jednak clou rozdania. Rozgrywający postanowił odzyskać lewę, którą przed chwilą utracił i połączył atu!!! Obrońca, najwyraźniej nie doszkolony teoretycznie, nie zdawał sobie sprawy, że granie w kolor zagrywany przez rozgrywającego jest generalnie rzecz biorąc złym pomysłem. Zagrał więc atu po raz wtóry, a potem król karo wziął lewę okładającą.
Dzięki takiej oto rozgrywce mogę się wszystkim pochwalić, jak to moja wstrzemięźliwość licytacyjna przyniosła 2 impy zysku. Bo na drugim stole przeciwnicy zagrali 3NT bez 2.

Mimo tych i tym podobnych kwiatków udało nam się jeszcze osiągnąć wynik dodatni z kotła. I to całe +10! Choć graliśmy dość beznadziejnie, okazało się, że brydżowa beznadziejność w małopolskiej okręgówce jest stopniowalna i niektóre drużyny osiągnęły jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia.
Jak wiadomo równocześnie odbywały się rozgrywki, czegoś co umownie możemy nazwać II ligą. Z komentarzy jakie do mnie dotarły, to wielkich różnic się nie zauważa. Praktycznie prawie każda drużyna z II ligi mogłaby grać u nas i vice versa i zamiany nikt by nie zauważył. Taki oto jest efekt rozbudowywania lig.

Reginald Sukiennik 
[email protected]
   


[ wyniki ] [ liga ] [ kalendarz ] [ zarząd ] [ klasyfikacja ] [ teksty ]
[ linki ] [ mecenasi ] [ strona główna]