|
|
![]() |
![]() |
![]() | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() ![]() |
Ligowe zmagania V Jak już zapewne wszyscy zauważyli, nadeszła jesień, a z nią nowy sezon ligowy. W dniach 18-19.10 inaugurację miała również nasza ukochana liga okręgowa. Ups przepraszam, według nomenklatury PZBS-u nazywa się ona trzecią ligą. Pewnie dlatego, że grają tam zawodnicy trzeciego sortu, czyli tacy jak my i nam pokrewni. Pamiętam, wcale nie tak dawno, bo zaledwie kilka lat temu, na rozgrywki trzeciej ligi wyjeżdżało się do Rzeszowa, Jarosławia, w Bieszczady. Uczestniczyła w nich nawet drużyna ze Lwowa. Teraz, po reformach, których nie powstydziłby się nawet Mariusz Łapiński najdalszy wyjazd jaki nam grozi to eskapada do Bartkowej nad Jez. Rożnowskim. Jeszcze ze dwie reformy i grając III ligę nie będę się musiał ruszać z Nowej Huty. Za to koszt wpisowego będzie zapewne równy kwocie jaką musiałem wydać na modernizację komputera. Bez wątpienia za to będzie się to wiązało z rozlicznymi przywilejami.
To wszystko jednak przyszłość, choć zapewne nieodległa. Koncentrując
się jednak na dniu dzisiejszym i walce o ligowy byt, nasza drużyna dokonała
znaczącego wzmocnienia, podkupując z przesławnej drużyny Wawel Marka Jachimczyka.
Po części transfer ten był zapewne następstwem odmłodzenia składu przez
Wawel - chodzą słuchy, że w tym sezonie częściej na boisko będzie wpuszczany
niezwykle obiecujący junior Marek Górecki, nadzieja polskiego brydża sportowego
i potencjalny członek naszej reprezentacji olimpijskiej na olimpiadę w
Vancouver. Drugim powodem, była konieczność wzmocnienia naszego składu,
gdyż plany są niezwykle ambitne. Ich wygoda polega na tym, że nie musimy
ich tworzyć od nowa gdyż co roku są takie same. W związku z tymi niezwykle ambitnymi planami cała drużyna intensywnie
trenowała. Wszyscy jej członkowie co tydzień spotykali się na środowych
turniejach w Rotundzie. I to jest ta jaśniejsza strona medalu. Ciemniejszą
jest to, że nieodmiennie spotykali się na jednym z ostatnich stolików.
Czyżby to poziom gry w Rotundzie tak się podniósł? W końcu nadszedł jednak długo oczekiwany weekend. Po korzystnych losowaniach
drużyna Dyktator trafia do grupy krakowskiej i pierwszy kocioł rozgrywaliśmy
w Porębie koło Myślenic. Trzeba pochwalić organizatora, że miejsce wybrane
jest bardzo trafnie. Blisko Krakowa, co pozwala wrócić na noc do domu,
warunki do gry co najmniej dobre, obsługa sympatyczne, jedzenie w porzo
- generalnie duży plus. Sędzia, którym tym razem był Paweł Skałacki panował
nad sytuacją, więc nie dochodziło do żadnych większych scysji, które do
tej pory były chlebem codziennym. Chyba tylko raz niezbędna była ingerencja
sędziego przy tego typu zajściu. Zdarzyło się to podczas meczu Wawelu
II z GOK Rożnów, przy stoliku przy którym siedział gracz znany w Krakowie
ze swojej wyjątkowej kłótliwości i podejrzliwości wobec przeciwników.
Myślę, że kluczową sprawą, która spowodowała schłodzenie temperamentu
graczy była decyzja sędziego o całkowitym zakazie spożywania alkoholu
(również piwa) przy stolikach. I co ważniejsze przepis ten był z całą
surowością egzekwowany. Nie da się ukryć, że z egoistycznego punktu widzenia
naszej drużyny, była to dla nas decyzja ze wszech miar niekorzystna. Drużyny,
które na mecze wieczorne miały już poważne problemy ze skompletowaniem
składu, tym razem zasiadały do gry trzeźwiuteńkie do granic trzeźwości.
Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że niektórzy z zawodników obchodzili
ten przepis, obficie tankując przed grą przy bufecie, tak by starczyło
im na całe 24 rozdania. Przypadek taki miał również miejsce w drużynie
Wawelu. W tym jednak przypadku usłyszałem od ich kapitana, że ten zawodnik
jest jednak całkowicie usprawiedliwiony, bo ponoć z jego partnerem na
trzeźwo absolutnie grać się nie dało.
Po otwarciu partnera 1C i wejściu przeciwnika 1D (transfer na piki) zgodnie
z ustaleniem dał kontrę. No proszę, jak to dobrze uzgodnić system, od
razu jest korzyść. Potem drugi z przeciwników raczył zalicytować 1S, na
co Bodzio oznajmił, że piki to on trzyma, licytując 1NT, a drugi z przeciwników
niezrażony jego zatrzymaniem rzekł 2S. Tadziu wpadł w niezbyt długi namysł.
Tak się zastanawiałem nad czym on myśli, przecież odzywka 3D się narzuca.
Ten jednak zgłosił 3C. Pomyślałem - pewnie się bał (choć nie wiem czemu),
że odzywka 3D byłaby nieforsująca i dlatego zgłosił nowy kolor na wysokości
trzech. Przeciwnik spasował, deska poszła na drugą stronę i nie za bardzo
miała ochotę wracać. W końcu usłyszałem dźwięk, który zmroził mi krew
w żyłach. Był to dźwięk, który nie sposób pomylić z niczym innym. Dźwięk
wkładanych do bidding boxu kartoników. Tadziu chyba też ten dźwięk rozpoznał,
bo ręce zaczęły mu się niepokojąco trząść, a na czoło wyszła dorodna żyła.
W tej też chwili na naszą część stołu wróciła deska. Nie muszę dodawać,
że posprzątana jak stolik w ekskluzywnej restauracji. Tego Tadziu nie
zdzierżył. Rzucił karty, coś tam bluzgnął i wyszedł się schłodzić na zewnątrz.
Nawet nie zdążyłem mu powiedzieć, że przecież dla bezpieczeństwa mógł
zalicytować kolor przeciwników. Po chwili przypomniałem sobie jednak,
że taki przypadek też już w tej parze miał miejsce i swego czasu w Rotundzie
grali 4S w kolor przeciwników. Tak więc ten kontrakt nie był jeszcze wcale
taki zły. Po pierwsze grali w swojego siedmiokarta. Po drugie byli przed
partią. Po trzecie Bodziowi po starannej rozgrywce udało się tego kontraktu
nie przegrać (a byłem pełen obaw o czym za chwilę). A po czwarte była
jakaś nadzieja, że przeciwnicy dojdą do szlemika. Ten ostatni przypadek
jednak nie zaszedł i było 7 impów straty. Ale za to ubaw przy stole był
przedni. Może jedynie Tadziu nie był zbyt rozbawiony, co jest tym dziwniejsze,
że uważałem go za gościa z dużym poczuciem humoru. A tu nie poznał się
na takim fajnym żarcie.
Licytacja:
1) nie będę tu wysnuwał jakichś pseudonaukowych teorii dlaczego to spasowałem.
Po prostu, źle mi się policzyły oczka i myślałem, że mam 11 z drugą damą.
Stąd mój pas. przyszło partnerowi rozgrywać kontrakt 2S po wiście blotką karo. Dopiero
w tym momencie zauważyłem, że mam dwunastaka. Partner wprawdzie nic nie
krzyczy, ale to jeszcze nic nie znaczy, w końcu po drugiej stronie nie
siedzi Tadziu. Tak czy owak jesteśmy przed partią, więc dużej straty być
nie powinno. Co najwyżej 7-8 impów. Ale na razie trzeba wygrać, ten żenująco
niski kontrakt. Partner po wzięciu lewy zagrał damę trefl. Przyznam, że
gdy impas się nie udał, bezrozumnie się ucieszyłem. Ale nie uprzedzajmy
faktów. Przeciwnik po wzięciu lewy na króla odszedł w kiera, a jego partner
po namyśle zabił blotkę rozgrywającego asem, czym podarował dodatkową
lewę. Następnie odszedł w trefla do asa w dziadku. Teraz rozgrywającemu
pozostało już jedynie wziąć się za atuty. Zagrał damę, która została zabita
asem i nastąpił odwist w karo. Rozgrywający popadł w głęboki namysł. Wszyscy
znamy namysły Bodzia, więc nikt się nie denerwował. A nikt się nie denerwował,
bo nikt nie podejrzewał, że Bodziu myśli nad tym właśnie rozdaniem, a
nie analizuje czegoś z poprzedniego meczu. Prawda wyglądała jednak tak,
że zastanawiał się jak wysokiego atuta należy położyć. Generator zdarzeń
losowych siedzący u Bodzia w głowie wylosował dziesiątkę??? Było to celne
posunięcie, gdyż obrońca nie mając waleta atu nie był w stanie nadbić.
Niektórzy, co bardziej dociekliwi analitycy spostrzegą, że nawet gdyby
miał waleta to i tak nie mógłby nadbić, bo miał jeszcze trzy kara. Jak
to się łatwo analizuje w odkryte karty. Przy stole jednak Bodziowi nie
mieściło się w głowie, że obrońca mógł zawistować w karo nie z singla.
Dzięki temu oto perfidnemu wistowi, udało się obrońcom urwać jedną lewę.
Kontrakt jednak nadal wydawał się niezagrożony, szczególnie że w następnej
lewie rozgrywający zgrał króla atu. Teraz nastąpiło jednak clou rozdania.
Rozgrywający postanowił odzyskać lewę, którą przed chwilą utracił i połączył
atu!!! Obrońca, najwyraźniej nie doszkolony teoretycznie, nie zdawał sobie
sprawy, że granie w kolor zagrywany przez rozgrywającego jest generalnie
rzecz biorąc złym pomysłem. Zagrał więc atu po raz wtóry, a potem król
karo wziął lewę okładającą. Mimo tych i tym podobnych kwiatków udało nam się jeszcze osiągnąć wynik
dodatni z kotła. I to całe +10! Choć graliśmy dość beznadziejnie, okazało
się, że brydżowa beznadziejność w małopolskiej okręgówce jest stopniowalna
i niektóre drużyny osiągnęły jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia.
Reginald Sukiennik |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
[ wyniki ] [ liga ] [ kalendarz ] [ zarząd ] [ klasyfikacja ] [ teksty ] [ linki ] [ mecenasi ] [ strona główna] | ![]() | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||